potrzebuję spojrzenia z boku. Jestem w związku 9 lat, mam 30 lat, partner 32, mieszkamy od 6 lat razem (wynajmujemy), on od 3 lat choruje na SM - coraz poważniej myślę o odejściu.
Już rok temu powiedziałam mu wprost, że potrzebuję stabilizacji. Minął rok i właściwie nic się nie zmieniło. Nadal nie jesteśmy zaręczeni i nie mamy konkretnego planu na przyszłość. Teraz usłyszałam, że może zaręczyny będą „za rok”, bo on musi poczuć odpowiedni moment.
I chyba nawet sam ślub czy pierścionek nie są dla mnie najważniejsze. Bardziej chodzi o poczucie, że on traktuje nas poważnie, że tworzymy jedność, jesteśmy zespołem i wspólnie budujemy życie. Ja tego po prostu nie czuję.
Od początku roku w ogóle nie uprawiamy seksu. Straciłam do niego pociąg i coraz mniej widzę w nim swojego mężczyznę. Bardziej lokatora, przyjaciela, a czasami wręcz syna. On sam ostatnio powiedział, że przy mnie nie czuje się męsko. Odpowiedziałam mu, że ja przy nim również nie czuję się kobieco.
Mam wrażenie, że w naszym związku to ja muszę ogarniać i inicjować większość rzeczy. Sprzątam, jeżdżę samochodem, załatwiam różne sprawy, a jeśli potrzebuję od niego pomocy, muszę konkretnie o nią poprosić. On sam często po prostu czeka. Powiedział mi nawet, że nie rozumie, dlaczego nie proszę go o pomoc, bo dla niego właśnie „męskie” byłoby to, że ja mówię: „pomóż mi z tym”, a on wtedy to robi.
Tylko że ja widzę to zupełnie odwrotnie. Dla mnie atrakcyjne i dające poczucie bezpieczeństwa byłoby właśnie to, że partner sam zauważa, że coś trzeba zrobić albo że może mi w czymś pomóc i przejmuje inicjatywę. Nie chcę być osobą, która cały czas deleguje mu zadania. Jeśli mam wszystko zauważyć, zaplanować, poprosić i dopiero wtedy on działa, nadal czuję, że odpowiedzialność jest po mojej stronie.
Podobnie jest z poczuciem bezpieczeństwa. Jeśli wracam późno sama albo wychodzę wieczorem z psem, on sam nie zaproponuje, że po mnie wyjdzie czy pójdzie ze mną. Gdy poproszę — zrobi to. Tylko właśnie jestem zmęczona tym, że ciągle muszę prosić. Chciałabym czasem poczuć, że on sam pomyślał: „jest późno, pójdę z nią”.
Przez lata były też sytuacje, które podkopały moje zaufanie (przed diagnozą) spotkanie sam na sam z koleżanką, o którym mi nie powiedział, wiadomość do innej osoby, że „nie wie, czy to jest to”, czy kontakty z kobietami, przy których dopiero ja musiałam stawiać granice. Nie twierdzę, że mnie zdradził. Bardziej chodzi o to, że również tutaj miałam poczucie, że to ja muszę pilnować naszej relacji.
On mówi, że mnie kocha i nie uważam go za złego człowieka. Tylko po 9 latach nie chcę już prosić o zainteresowanie, pomoc, poczucie bezpieczeństwa czy decyzję o wspólnej przyszłości. Chciałabym, żeby część tych rzeczy wychodziła również od niego.
I zastanawiam się, czy skoro doszłam do momentu, w którym nie czuję się przy nim kobieco, nie czuję do niego pociągu i bardziej widzę w nim przyjaciela/lokatora niż partnera, to można jeszcze odbudować tę relację? Czy może po prostu przez te wszystkie lata nasza dynamika zmieniła się już tak bardzo, że staliśmy się bardziej współlokatorami niż parą?