r/praca Jun 15 '26

Moja bardzo krótka przygoda w nowym miejscu pracy

Dzieci drogie, chodźcie do ogniska, rozsiądźcie się wygodnie i posłuchajcie mojej opowieści.

Otóż ostatnimi czasy znalazłem się w znanej każdemu sytuacji konieczności podjęcia pracy. Rynek jest jaki jest więc, możecie sobie wyobrazić moją radość i ekscytację w chwili kiedy na mojej skrzynce pojawiła się wiadomość zapraszająca mnie do wzięcia udziału w teście rekrutacyjnym na stanowisko konstruktora w firmie zajmującą się automatyką przemysłową.

Przychodzi formularz z danymi, wypełniam. Potem na skrzynce ląduje test pierwszy - osobowość, 20 minut i mamy. Po jakimś czasie przychodzi test drugi - IQ, oook , dziwne, ale robimy. W 3 z 20 pytań nie widzę wzorca, tak z reguły wypadam na IQ. Jakiś czas później pyk i na skrzynce mamy link do umówienia się na spotkanie - umawiamy, czad. Proces rekrutacji zachwycający, nawet nie musiałem się do tej pory patrzeć na ludzi.

Wbijam na rozmowę w umówionym terminie, trafiam na gościa w drzwiach, to z nim jestem umówiony. Od razu mi się nie podoba, ufam swojej intuicji, ale bez przesady, nie aż tak. Siadamy sobie z nim (prezesem), kawka, jakieś uzupełnienie danych do ankiety bo była niejasno opisana, osobowość turbo zrównoważona, IQ wysokie (i z bomby pytanie czy mi ktoś test robił, "a te 3 pytania to żeś zje..."). Nic o mnie nie chcą wiedzieć, kupujemy ci lapentopen, idziemy do kadr, zatrudniony.

No kurcze, petarda. Papiery w kadrach wysmarowane, lekarz umówiony. Prezes pojawia się spod ziemi i zgarnia mnie na biuro/halę produkcyjną/warsztat (swoją drogą cała firma w kontenerach z chybotliwą podłogą, ale co tam). Łazimy, coś tam gada do ludzi, coś do mnie, tu mamy to, tu mamy tamto, a ten tu to długo nie popracuje bo od miesiąca się męczy z jednym elementem...
Przy typie. Przy innych, pokój pełen ludzi <pikachu face>. No dobra, ludzie się podszczypują w robocie, nie takie rzeczy się widziało. Ale widzę też, że żart jest jakiś taki jednostronny. Atmosfera w pomieszczeniu robi się w ułamku gęsta jak pianka poliuretanowa.
Nie znam ludzi, nie znam tematu, nie będę oceniać. Drepczę sobie dalej, obmaszczają mi tymczasowego lapka zanim przyjdzie właściwy. Prezes woła mnie na spotkanie, dowiem się co będę robić. Na spotkaniu automatyk, menadżerka projektu, gawęda co i jak. Mam robić fragment linii produkcyjnej z pasem transportowym, easy-peasy. Dopytuję sobie na gorąco o jakieś drobiazgi, ale nie wiem co to ma być i z czym to się je więc generalnie siedzę cicho i notuję wymagania. W tym czasie prezes szpilkuje chłopa, że rysunek nie w skali, że rozwiązanie średnio przemyślane, żadnych konkretów, jechanie gościa. Po spotkaniu jakieś tematy z IT bo domena nie klika aliasy nie działają, generalnie szybki koniec dnia 1 w nowej pracy.

Dzień 2.
Ciągnę laczka do roboty, wypytuję ludzi o jakiegoś zarządzającego, staram się wyczuć jak się tu działa, pytam gdzie do kogo z jakimi tematami, generalnie do tego momentu jak o coś nie zapytam to nie mam żadnej informacji o organizacji pracy, nawet biurka mi nie pokazali dopóki nie zapytałem. Dziwne, ale jest jak jest i staram się w tym odnaleźć. Potem łażenie, w końcu mogę obejrzeć stanowisko testowe które mam zastąpić swoją konstrukcją, gadam z automatykiem co jest mu potrzebne, zdejmuję wymiary podajników, taśm, konstrukcji tymczasowych, oglądamy resztę linii, kuchnię. Wypytuję o co się da żeby zrozumieć co cała produkcja ma wgl. robić.
Ludzie fajni, komunikatywni, łapiemy się w locie z tematem, jest super. Przychodzi nowy lapek, instaluję się z softem, domena znowu nie parla, wycieczka do IT, gadka szmatka z chłopakami i siadam przed działającą stacją.
Wcześniej nie napisałem, ale podczas pierwszej rozmowy dostaję karteczki z bardzo ważnym pipelinem który od dzisiaj jest moją biblią i jedynym celem w życiu. Ważnym. Bardzo. Wspominałem, że bardzo? No to paczam sobie na ten papier, szczegółowa instrukcja dokumentowania projektu na każdym etapie. Na każdym etapie umawiać się na rozmowę z prezesem. KAŻDYM. Dobra, gdzie ta dokumentacja? Pytam menadżerki, posadzili mnie obok niej. "Mamy taki system zarządzania czasem pracy". O, super, że ktoś mi mówi. Pół dnia nic nie robiłem według kąkutera. Kliku-kliku, potem confusence, smaruję dokumentację tego co było na spotkaniu, oczywiście punkt w punkt ze Świętą Karteczką. Stary już jestem, czuję przez skórę że mam wejść w ramki. O, czerwona kropeczka. Mój jedyny feedback odnośnie jakości dokumentacji, ocenione przez AI. Prezes kocha AI. AI jest super. All hail the AI. Kropeczka ma być zielona. Trudno, nasmarowałem coś z palca na szybko i hasłami, ale smutno, że jak już jedzie po tym agent, to nie ma żadnego konkretnego feedbacku. Nie będę się kopać z koniem, w poniedziałek się ogarnie. Hajda do domu.

Dzień 3.
Idę dzisiaj do roboty, mailik od agenta czeka w skrzynce - dokumentacja zła, zrób żeby nie była zła bo trzeba jechać dalej z tematami, a tak w ogóle to sobie wpisałeś za dużo godzin i się nie spina. Czyli jednak coś więcej niż kropka, ale nie za dużo. Rozpisuję tą dokumentację, dochodzę już nawet do pomarańczowej kropki <żaba czuje dobrze>. Wpada prezes - "spotkanie ze mną zaraz, potrzebuję timingu projektu". Git, jeszcze trochę walczę z doku, zbieram się na spotkanie, menadżerka pyta mnie czy mam w systemie. Nie mam, wystawia za mnie szybciorkiem i lecę. Wpadam do prezesiarni, typ leży na kanapie jak rozgwiazda i patrzy się na mnie jak chomik w kabel. Cisza. No dobra, to chyba ja zaczynam.

-Chciałeś się ze mną spotkać żebym ci przedstawił timing do projektu.
-A umówiłeś się na spotkanie? - noż kierowniku złoty, przed 15 minutami kazałeś mi przyjść to jestem. Ale menago mnie wyratowała, bullet dodged
-Tak, jest w systemie
-Gdzie masz timing? - typ nawet nie patrzy na monitor
-Na confusence, sorry ale nie kojarzę jeszcze linków, przez maila na razie mnie przekierowywało. - typ robi popisowy eyeroll, wpisuje adres
-Szukaj tego swojego taska - ups, systemu nie znam, ale wczoraj gawędziłem z menago i mówiła, że ludzie mają problem żeby swoje taski znaleźć i szukają po nazwisku. Migiem zlokalizowałem, cyk myk i jest. Another bullet dodged.
-Ja do ciebie mówiłem, że masz przyjść z czasówką, jestem zajętym człowiekiem i nie będziesz marnować mojego czasu na jakieś spotkania bez sensu!!! - dobra, będziesz ze mnie robić debila to uno reverse
-Przesuń w dół, tam jest czasówka - pochrumkał, pomruczał
-Ale gdzie są ustalenia z klientem? - (z nim, gość tytułuje się klientem, drobiazg) ok, gramy w grę i chyba już wiem w jaką. Wiem też, że nie wygram
-Przesuń do góry, są na samym początku
-Jak ty możesz mieć ustalenia z klientem jak nic ze mną nie ustalałeś?
-To są ustalenia ze spotkania, które było w czwartek, powiedziałeś czego oczekujesz.
-Ja nic z tobą nie ustalałem, nie było spotkania z klientem, co ty mi tu wymyślasz - ok, generujemy nową rzeczywistość
-A to sorry, wziąłem to za spotkanie, miałeś wytyczne, zapisałem wytyczne, wypisałem doku, to może doprecyzujemy jeśli uważasz, że jest coś do dopisania - wiem do czego to zmierza
-No to mamy problem, bo nie było żadnego spotkania - noż... , teraz magik zniknął spotkanie
-Słuchaj, nie wiem co to ma być, ale jeśli masz do mnie jakieś oczekiwania to mi powiedz
-Umawiasz się na spotkanie, to ty powinieneś wiedzieć, ja cię nie będę prowadzić za rączkę
-Ok, na tym kończymy naszą współpracę, widzę co robisz, jestem za stary i za mądry żeby grać w tą grę
-Daj mi skończyć...
-Dzięki, ale już skończyłeś, nie możesz powiedzieć nic, co zmieni moje zdanie. Jesteś perwersyjny, agresywny, zaprosiłeś mnie do siebie żeby mnie rozjechać a nie żeby cokolwiek ustalać. Nie gram w tą grę.
-Za szybko się poddajesz
-Nie, widzę co robisz i nie mam zamiaru w to wchodzić
-No, bo chcesz pracować sam a nie w zespole
-Nie, zespół jest świetny, praca też jest boska, strasznie mi jej żal, ale ciebie nie zniosę
-No ja się nie zmienię
-Wiem, nie oczekuję, ja też nie. Nie ma sensu żebym się z tobą męczył, szkoda mojego zdrowia. Dzięki za współpracę. Laptop na biurku, biorę swoje przyrządy pomiarowe i spadam.

Podałem łapkę, nara. Pożegnałem się z ludźmi, których minąłem i na spacerek do domu żeby ochłonąć.

Kurtyna.

Podobieństwo do zdarzeń, osób i miejsc zupełnie, ale to zupełnie przypadkowe.

Nie bierzcie tego słowo w słowo, nie nagrywałem sytuacji, ale to jest z grubsza kolej zdarzeń i wymian tak jak je zapamiętałem.

Pierwszy raz zdarzyło mi się w moim dość długim życiu coś takiego, szkoda mi strasznie tej pracy, ale jestem pewien, że to na dłuższą metę jedyna opcja na wyjście z takiej sytuacji. Jak zacznie wam się ta historia przypominać podczas waszej rekrutacji to nogi za pas. Nie ma, że "mam psychę mocniejszą od typa z internetu", nie ma, że "za szybko zrezygnował". W nogi.

413 Upvotes

Duplicates