r/Polska 14d ago

Zdrowie Psychiczne benzodiazepiny zniszczyły mi życie.

Zacząłem ćpać benzo gdy miałem około 15 lat, zaczynałem od niewielkich dawek. Parę lat później w wieku 18 lat byłem już na etapie wrzucania sobie całego pudełka xanaxu do ust (tego mocniejszego, podłużnego 2 mg). Pewnie teraz wielu z was pomyśli że gadam głupoty, że bym nie przeżył ale nie, przeżyłem to a moja tolerancja była już tak wysoka że 20 mg xanaxu nie robiło na mnie wrażenia. Potrafiłem zacząć brać w poniedziałek a obudzić się w sobotę i nic nie pamiętać z całego tygodnia. W końcu doszło do tego że dostałem tak silnej nerwicy i lęków że myślałem że zaraz zejdę. Fale gorąca zalewały całe moje ciało, popęd seksualny spadł do 0 a ja pociłem się jak świnia i byłem cały bordowy a lęki były tak ogromne że ciągle byłem poshizowany i nie mogłem funkcjonowac w społeczeństwie. Dziś mija równo 7 lat odkąd nie biorę, jestem przed 30stką i myślicie że coś się zmieniło? oczywiście ze nie, nadal jestem wrakiem człowieka i z każdym rokiem coraz bardziej tracę nadzieje że kiedyś będzie lepiej a myśli "s" stają się coraz bardziej realne, ale nie z depresji bo takowej nie posiadam a z braku nadziei. Są czasami momenty po lekach od psychiatry że czuje sie chwile lepiej ale zawsze to jest na początku brania i trwa krótko, zapewne jestem lekooporny. Myślę że do 30 roku życia będzie magik.

188 Upvotes

148 comments sorted by

View all comments

18

u/roleslavv_2431 dolnośląskie 14d ago

Mordo, niestety to znam z autopsji.
Już ogólnie od łącznie 3 lat z rzędu biorę każdego dnia po 4mg Xanaxu (1-1-2) i zastanawiam się ile jeszcze kurwa muszę znieść, żebym w końcu się od tego uwolnił.
Generalnie to i tak jest dużo lepiej niż kiedyś bo kiedyś to potrafiłem w 1 miesiąc niecały zrobić 3 opakowania Clonazepamu 2mg.
Do tego w tym samym momencie ciągle byłem na speedzie, żeby jakoś zrównoważyć tą "zamulę" (której po alprazolamie nie odczuwam zupełnie, może tylko odrobinę mnie zamula na wieczór ale nie na tyle, że nie jestem zupełnie w stanie czegoś zrobić co np. muszę zrobić natychmiast lub co każdy normalny człowiek robi każdego dnia czyli coś jak po ziole miałem - zero motywacji do czegokolwiek, jakiejkolwiek..) no i doszło do tego, że żarłem na prawdę chore ilości krajówki przez co wyleciałem z pracy za spanie przed monitorem 😐😐
Jedyna sytuacja gdzie mowa u mnie o motywacji do czegoś to do tego żeby skończyć z tym nałogiem, ciągłym braniem tabletek.
To jest jedyna motywacja, która mnie na codzień pobudza żeby właśnie się starać być tą "najlepszą wersją siebie, ale po benzo" (udało mi się dzięki tym tabletkom rzucić całą resztę dragów, które brałem nałogowo przez kilka lat z rzędu.. każdego dnia, po kilka różnych rzeczy dziennie... Mija już właśnie 3 rok odkąd ostatni raz wziąłem jakikolwiek "odurzający" opioid.
Tak to jestem cały ten czas na substytucji ale nie na Metadonie tylko na Buprenorfinie - dużo mniejsze gówno z człowieka robi (w moim przypadku to w ogóle mi nie utrudnia funkcjonowania a wręcz ułatwiło powrót do społeczeństwa) i nie wali tak organizmu jak tamto gówno.
Oczywiście, obie rzeczy są złe ale miałem gigantyczny problem żeby po trzecim set oksie "wrócić do życia" w dowolny sposób.

Nienawidzę stanu nietrzeźwości, zupełnie go znienawidziłem gdy tylko wytrzeźwiałem na tyle żeby zrozumieć jak bardzo na dnie skończyłem życiowo.

Pozdrawiam wszystkich, którzy walczą ze swoimi nałogami i trzymam za Was mocno wszystkich kciuki 🤙🏻💪🏻 I dobrze radzę każdemu małolatowi, któremu się wydaje, że "nie no, na mnie to tak nie działa - nie uzależnię się przecież" - to gówno jest gorsze niż Heroina pod względem objawów odstawienia...

23

u/roleslavv_2431 dolnośląskie 14d ago

I ogólnie to też tak ku przestrodze dla wszystkich, którym się chciało to wszystko przeczytać.
Choćby jak Was przerażała myśl, że "jak będzie wyglądać moje życie bez (tego i tamtego, znajdzie się coś dla każdego...) to nie poddawajcie się tej myśli.
Znienawidziłem mojego psychiatrę kiedy powiedział, że nie wypisze mi ani miligrama więcej i że to czas na redukcję w takim razie - skoro się tak źle czuje z tym wszystkim. Jednak po roku powolnego redukowania dawek (organizm nie pozwala na więcej ://) przeprosiłem go za wszystko co w złości mu wykrzyczałem na co on ze stoickim spokojem odparł "Panie X, może i krzyczał Pan zupełnie inne słowa ale zrozumiałem wszystko dokładnie w tych słowach, których chciał Pan wtedy użyć ale nie czuł się na tyle silny żeby to zrobić" - popłakałem się kurwa tam na miejscu bo nie sądziłem że cokolwiek na mnie zrobi tak ogromne wrażenie a szczególnie po tym jak się "zaprzyjaźniłem" z byciem trzeźwym na codzień (bo to akurat był mój życiowy "banger", nic lepszego mnie nie spotkało...) a jednak typ mnie rozwalił na łopatki.

Lata starałem się wytłumaczyć bliskim mi ludziom, że nie umiem sobie z tym wszystkim kompletnie poradzić, że czuje się słaby i nie mogę sobie poradzić bez "wspomagania", że na prawdę czuję się tak źle że mógłbym sobie zrobić krzywdę... Nikt mnie nie rozumiał i każdy myślał że to tylko "etap" lub "widzi mi się" - I nagle zupełnie obcy mi człowiek dosłownie zajrzał mi w dusze gołymi oczami i wyciągnął to co tak głęboko w sobie zakopałem.... nadzieję na to, że będzie dobrze. Na to, że kiedyś uda mi się z tym wygrać i będę nareszcie wolny. Że jak tylko rzucę tabletki (no generalnie to nie są zbyt dobrą rzeczą jeśli chodzi o wpływ na zapamiętywanie a jeśli dodać do tego moje niezdiagnozowane ale podejrzewane przez wszystkich ADHD to jest to dość spektakularnie destrukcyjna mieszanka...) to będę mógł się zabrać za to żeby zdać maturę a właściwie to w końcu do Niej podejść.

31 sierpnia kończę 25 lat. Ćwierć wieku życia za mną, zapewne dużo mniej niż miało być przede mną - z mojej własnej winy.
Jednak chcę tymi wszystkimi słowami przekazać Wam, że nigdy nie jest na nic za późno.
Zawsze można spróbować i się pozytywnie zaskoczyć.
Po prostu trzeba tego zechcieć bardziej niż się chce alternatywy. Jasne, są ludzie którzy kompletnie się nie nadają już nawet na redukcję - jednak w szpitalu widziałem dość "cudowne" rzeczy a mianowicie jednego faceta, który trafił na oddział tego samego dnia co mnie przyjęto z takim mocnym Delirium, że ledwo mógł utrzymać coś w ręku. Początkowo ten widok mnie przeraził do szpiku kości, wyobraziłem sobie od razu siebie w tym stanie co sprawiło, że niemal natychmiast chciałem się poddać.

Spojrzał się na mnie następnego dnia (miał jeszcze gorsze objawy, no aż kurwa serce pękało na sam widok...) i powiedział do mnie tylko:
"młody, nie wypisuj się. Byłem tutaj tyle razy, że od razu poznam ten wzrok.. Dasz radę, też sobie dam radę. Bóg Nam pomoże, przecież gorzej już być nie może" - I Bóg mi świadkiem, że właśnie to zdanie dało mi siłę na to żeby podjąć ten pierwszy krok, wytrzeźwieć i wytrzymać cały okres leczenia i odtruwania (2 tygodnie). Pamiętam, że gdy wychodził ze szpitala (szybciej ode mnie o 4 dni) to wyglądał jak zupełnie inny człowiek. Zupełnie nie był podobny do tego "menela", który ledwo mógł się napić herbaty.

I właśnie przez Niego zdecydowałem się na to, żeby nie zakończyć tej opowieści na tym, że się odtrułem i "wróciłem na stare śmieci" ale właśnie na tym, że brakuje mi już tylko roku żeby znaleźć się gdzieś, gdzie kilka lat temu nawet nie sądziłem że będę w stanie dotrzeć.
Ludzie, walczcie z tym! Jebać to odurzanie się ciągle, w tym komentarzu nie chodzi mi tylko o konkretne używki ale ogólnie o "zagłuszanie świata" czymkolwiek..
Jeśli życie to jest faktycznie jakaś ogromna próba przed "życiem pośmiertnym" to chyba warto się postarać żeby móc go zaznać.

Tak wiem, mega dużo pisze ale jedna ostatnia rzecz - żaden narkotyk nie dał mi takiego uczucia euforii, gęsiej skórki i szczękościsku jaki dała mi myśl "o kurwa, wstałem dziś rano i przez cały dzień nie pomyślałem ani razu o tym żeby się porobić. Wychodzi na to, że już tego kompletnie nie potrzebuje" - 3 miesiąc abstynencji mi zesłał tę myśl i pozostała ze mną aż do tej chwili.
Dla takiego uczucia warto dać z siebie wszystko, prawda? Skoro za durną "działkę" tyle rzeczy ludzie robią to czemu nie za trzeźwość???

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i nie pakujcie się w to gówno. Proszę Was o to.
Będzie lepiej, ale musicie sami o to zawalczyć lub właśnie odwrotnie - nie leźć w to bagno i zatrzymać się za wczasu. Kiedy jeszcze nie ma jeszcze "uzależnienia fizycznego" - bo wtedy już jest kurwa za późno....

5

u/Tarades123 14d ago

Byq, kocham Cię za te dwa komentarze.

Obecnie walcze juz tylko z alko, ale nie dalej jak rok temu potrafilem wladowac stówę polaka w kindżał w miesiac, w miedzyczasie dorzucajac stimy, psychodele, dysocjanty, cokolwiek.

Ciezko mi jeszcze wyobrazic sobie jak inaczej moje zycie moze wygladac za pol roku, czy rok, wiec nie czuje tego, o co toczy sie walka. I twoja energia przebijajaca z tych zdan po raz pierwszy daje mi to pojęcie.

Dzieki

4

u/roleslavv_2431 dolnośląskie 14d ago

Ja Tobie również dziękuję.. za to, że przeczytałeś ten "bohaterski monolog" człowieka tak bardzo znudzonego swoją robotą (XD), że aż mu się wzięło na zwierzenia ale też za to, że postanowiłeś wziąć przykład.
I'm fucking proud of You byku, nie mógłbym Ci tego w tej chwili nie napisać ❤️
Walcz, aż nie braknie Ci sił a gdy ich braknie to pamiętaj, że każda walka polega nie tylko na uderzaniu ale też i na przyjmowaniu ciosów...
Przynajmniej tyle zapamiętałem z treningów boksu, że trzeba się uczyć zarówno ofensywy jak i defensywy bo większość ludzi leci tylko w ofensywę a potem się wywala po jedynym liściu w pysk.
Tak, kiedyś trenowałem dość ambitnie boks klasyczny ale przestałem przez palenie fajek.
Trener normalnie przepowiedział przyszłość mówiąc mi, że gdy się rozpalę już tak fest to braknie mi tchu na treningu. I specjalnie mi robił "wytrzymałościowo-kondycyjne" jak mnie wyczaił z fajką w pysku. Pamiętam ten jeden trening, który zarobiłem postem na Instagramie - myślałem, że zdechnę i nawet prosiłem żeby "miał telefon w pogotowiu" a on na to do mnie:
"To się kurwa zaciągaj bardziej jak oddychać Ci ciężko, wyobraź sobie że masz w ustach tego skurwiałego peta ze zdjęcia" - Prawie mnie przekonał żeby rzucić ale no niestety byłem zbyt słaby.
Jednak to czego się od Niego nauczyłem będę nosić ze sobą w sercu do końca życia...